I nic.
Nic nie wymyśliłam, a przynajmniej nic mądrego… Nie wiem co zrobić, nie wiem co chce zrobić, czyż to nie najczystsza paranoja? Prowadzić tego zasranego bloga mimo wszystko czy poddać się? Nie lubię się poddawać to fakt, czasami podobno trzeba. Czy teraz jest to “czasami”? Jak na razie popadam z radości w nicość. Rzeczy, które mnie cieszą, stają się powodem moich smutków. Dziwne. Prawdziwe. Wali się mój świat. Czuje się fatalnie zarówno psychicznie jak i fizycznie. Wiem powinnam odstawić tabletki, problem w tym, że wiem, a nie chce, czasami myślę, że dla nich rano wstaje bo nigdy nie wiadomo co się stanie jak je połknę. Męczące to fakt. Radzono mi żeby je odstawić, dłużej już nie brać, tylko czy można tak radzić nie znając całej prawdy? Znając zaledwie cząstkę jej? Po co cały czas komuś zmierzić nad uchem? Przecież tego się już słuchać nie da, więc lepiej milczeć i budować własne ja z tajemnic. Zastanawiam się czy warto budować takie ja i ranić siebie i otoczenie? Czasami chciałabym połknąć wszystkie tabletki i dać światu odsapnąć od własnej osoby, ale nie zrobię tego, wiem. Mam powód by żyć, żyje na złość wszystkim i wszystkiemu. I zmierzę, na swoim własnym zakichanym blogu zmierzę. Po co?